Afryka. Ojczyzna Króla Lwa, Baracka Obamy i bananów. Pierwszy tydzień na czarnym lądzie minął nam jak z bicza strzelił. To była prawdziwa moc atrakcji – stypy, parady, ekstrakcje! Ba! Nawet dwa wypełnienia!  Jako, że reserch meteorologiczny nie poszedł nam najlepiej, mało tego można powiedzieć, że poszedł źle (Pan Jarek Kret przestał odpisywać na nasze snapy). Okazało się, że pora deszczowa zaczyna się pod koniec marca więc byliśmy zmuszeni wziąć wcześniejszy urlop. Spakowaliśmy manele i ruszyliśmy pksem przez lasy deszczowe. Po 10h dotarliśmy do Duala, największego miasta Kamerunu.  Następnego dnia popędziliśmy do Buea gdzie znaleźliśmy przewodnika i tragarzy, z którymi wyruszyliśmy na 4 dniową wyprawę zdobyć górę Kamerun (4095m p.n.e).

Ten trekking był jak Adele, wspaniały ale bardzo ciężki. Pierwszy dzień jeszcze jak Cię mogę, jajka na twardo i sardynki okazały się nie tylko eleganckie ale również bardzo pożywne. Dopingowani okrzykami „superLewan” (ktoś napomknął ekipie że dzikus jest kuzynem Roberta) wdrapaliśmy się na 2800m w bardzo dobrym czasie. Drugiego dnia okazało się że stromizny, wysokość i nadwaga to zabójcza mieszanka. Gdyby nie cichy szept Ewy Chodakowskiej „wojowniczko Twoje ciało może więcej niż podpowiada Ci twój umysl” odbijający się echem w głowie dzikusa, pewnie nie dał by rady. Z kolei Kasia zdobyła szczyt nawet nie łapiąc zadyszki. Na samej górze rolę się odwróciły. Dał nam się we znaki nie najlepszy dobór obuwia. Winimy za to wspólnie siebie nawzajem no i może trochę przewodnik, którego autor wabi zachłannych turystów stosunkowo łatwym wejściem na szczyt. Właśnie dlatego w naszym bagażu zamiast porządnych trekingowych buciorów znalazły się oddychające modele z perforowana podeszwa, tak przemyślnie zaprojektowane iż pozwalały kamieniom swobodnie dostawać się do środka i skutecznie je w tym środku zatrzymywać ( Panie Nike to nic osobistego po prostu zmyliło nas to cale just do it ). Pęcherze wyrastały jak grzyby po deszczu, ale Kasia niczym Jasiu Mela dzielnie brnęła w dół przez las deszczowy.

Czwartkowego poranka, kiedy polskie ulicę spłynęły lukrem i różaną marmoladą, a faworki wesoło skwierczały w garnkach, nasze nogi stanęły na czarnej, wulkanicznej plaży w Bakingili. Słona woda zaczęła lizać pęcherze, a morskie bałwany pieścić umęczone stopy. Łzy bólu i szczęścia tworzyły jedność z oceanem a my odetchnęliśmy z ulga – doszliśmy !
















Reklamy