Każdy szanujący się fan Morgana Freemana ma swoją bucket listę. Na naszej top 3 niezmiennie zajmują : otagowanie się na 7 nowych cudach świata, obniżenie cholosterolu do rozsądnego poziomu i wystąpienie w teledysku Rihianny. Jako że z RiRi jesteśmy w stałym kontakcie (lajkujemy wszystkie jej tweety i posty na fb), angaż do wideoklipu jest tylko formalnością. Całą energię skupiamy więc na 7 cudach, a z cholesterolem poczekamy do 60tki.

Czytelnicy z detektywistycznym zacięciem już pewnie domyślają się o czym będzie ten wpis… Dokładnie tak! O najbardziej znanym (zaraz po Rogerze Moorze) murze świata. Dłuuuuugi jak nogi dzikusa, szeroooooki jak barki Kasi – Chiński Mur.

Wspaniałą Ścianę (Great Wall) można zobaczyć w kilku miejscach, ale jeżeli  (tak jak my) kochacie biwaki i piesze wędrówki – polecamy wypad poza Pekin, do miejscowości Jiankou. Tu wystarczy znaleźć dziurę w płocie – którą ciężko przeoczyć (jest zaraz obok dużej czerwonej tabliczki „NO TOURIST ALLOWED”) i rzucić się w wir przygody!
Z nieba lał się żar, a z czoła pot. Tak minęły pierwsze dwie godziny…Jak mawia Ewa Chodakowska „Twoje ciało może więcej niż podpowiada Ci Twój umysł” dlatego przez następne dwie z uporem godnym Alicji Tysiąc brnęliśmy pod górę, modląc się o deszcz. W końcu dotarliśmy do pierwszej wieży strażniczej, uzupełniliśmy elektrolity, otarliśmy łzy i wycisnęliśmy mokre koszulki. W nagrodę kilka zdjęć, oczywiście tyłem żeby nie było widać czerwonej buzi, i mogliśmy dziarskim krokiem ruszyć dalej. Kiedy dobrnęliśmy do celu przekonaliśmy się ,że ślub kościelny to była dobra inwestycja, nasze modlitwy zostały wysłuchane.  Zaczęło się od klasycznego dżdżu, a skończyło na gradobiciu. Jakby Jarek Kret nie żył to by się przewrócił w grobie. Całe szczęście żyje, więc tylko kręcił się niespokojnie w łóżku – taki to był fenomen atmosferyczny. W obliczu klęski żywiołowej, najważniejszy jest wyraźny podział obowiązków i praca zespołowa. Kiedy Dzikus rozbijał namiot, Kasia zbierała lód do drinków.

Kiedy już zjedliśmy chińszczyznę na chińskim murze i przytulnie urządziliśmy się w wieży strażniczej nadszedł czas na stały punkt każdego szanującego się biwaku – ognisko i lokalne trunki. Do tego wszystkiego pianki z ogniska, opowieści o duchach i idealny wieczór gotowy. Kiedy w środku nocy obudził nas przeraźliwy hałas, byliśmy pewni, że Mongołowie nadciągają z północy. Całe szczęście to tylko krzywa przegroda naszego przewodnika. Po godzinie bezowocnego szturchania go śledziem w namiot postanowiliśmy się obrazić i z całym majdanem wynieść na zewnątrz. Rano udawaliśmy, że niby nic się nie stało, ale jak widać drzazga w sercu tkwi do dzisiaj.

Zresztą Pekin to nie tylko chiński mur. To również smog, kaczka po pekińsku i zakazane miasto. A w stolicy, poza „wspaniałą ścianą”  mieliśmy konkretną misje do wypełnienia – wyrobić wizy do Mongolii. Czyngis-khan zostawił po sobie nie tylko 16mln potomstwa, lecz również niezwykle sprawny aparat administracyjny dlatego wszystkie formalności trwały dwa razy krócej i kosztowały dwa razy mniej niż w Polsce (wstyd Władysławie Trzeci Laskonogii). Zaoszczędzone na wizach pieniądze w całości zainwestowaliśmy w kaczkę, a czekając na paszporty postanowiliśmy na własne oczy zobaczyć Zakazane Miasto i z bliska powdychać słynny smog. Poniżej foto relacja.

 

 

Pekin, Chiński Mur, chinski mur, zakazane, miasto, trekking, wycieczka, Jiankou, wizy do Mongolii, kaczka po pekinsku, chinskie chiny, backpackers, podróże, podroze
Reklamy