Na prestiżowej liście magazynu Forbes „Top 10 honeymoon destinations” pobyt w świątyni Shaolin uplasował się na bardzo dobrym drugim miejscu. Wyżej znalazł się jedynie lot balonem na trasie Treblinka-Wołyń a podium zamykał prywatny koncert Stinga na szczycie wieży Eiffla. Trochę boimy się wysokości więc miejsca 1 i 3 z automatu odpadły.

Pobyt w świątyni spełniłby oczekiwania najbardziej wybrednej panny młodej. Osobne cele dla każdego z małżonków spowite tajemniczym półmrokiem o poranku (z powodu braku okien) za to wieczorem skąpane w blasku świec (z powodu braku prądu). O 5.30 gong wzywał na poranne modlitwy, w ciągu dnia 6h treningu, do wyboru Tai-chi albo Kung-fu a cisza nocna o 21.30. Kasia musiała być w przysłowiowym czepku urodzona, ponieważ trafił jej się pokój bez okien za to z myszami.

W programie moc atrakcji. O 7.00 rano romantyczny bieg w górę strumienia i przeromantyczny powrót z kamieniem na głowie. Trenując „formę” w oparach kadzideł i pod czujnym okiem rzeźbionych bodhisattawanów można było poczuć się jak przyczajony tygrys albo ukryty smok z filmu „Przyczajony tygrys , ukryty smok”. Z kolei wsłuchując się w krople deszczu bębniące o dach świątyni  jak tancerka w teledysku Gabriela Fleszara.

Szefowa kuchni co rusz zaskakiwała nas nowym pomysłem na ryż , warzywa i tofu. Stał się cud- chamskie podniebienia schabożerców i serca pastuchów skradła kuchnia wegańska.

Po wege rozkoszach przychodził czas na coś dla ducha. Po każdym posiłku, mistrz zakonu zasiadał pod drzewem i medytował. Pierwszego dnia nieśmiało krążyliśmy wokół niego jak spłoszone sarny wokół lizawki. Drugiego dnia, jak na prawdziwych wojowników przystało , zebraliśmy się w sobie i przycupnęliśmy obok Shifou,z każdym dniem nabieraliśmy śmiałości i przycupywaliśmy coraz ubliżej. Uczył nas medytować a  w miarę poczynionych postępów częstował mrożonym owocami liczi(kasia) albo liściem w twarz(dzikus).

Gorąco polecamy. My na baku tutaj wrócimy choćby po to żeby odebrać dzieci z koloni.

Advertisements